EUROWIZJA POD ZNAKIEM WSPÓŁCZUCIA

Telewizja Polska wybierając niepełnosprawną Monikę Kuszyńską jako reprezentantkę Polski podczas konkursu Eurowizji, całkowicie zmieniła strategię. Po ubiegłorocznej porażce Donatana i Cleo, uznano, że lepiej zostawić w spokoju pomysły w stylu epatowania erotyzmem w pseudofolklorystycznym sosie. Wybrano za to współczucie.

W teledysku do piosenki „In The Name Of Love” Monika z rzewnością wspomina swoją przeszłość. Ogląda zdjęcia i fragmenty wideo z występów, kiedy jeszcze mogła poruszać się na własnych nogach. Ten klip informuje, w jaki sposób może wyglądać eurowizyjna promocja wokalistki. Poprzez swoje inwalidztwo, ma zwrócić na siebie uwagę. I z pewnością zwróci. Piosenka jest przeciętna, ale widzowie będą litować się nad piękną, skrzywdzoną przez los wokalistką. I co najważniejsze chwycą za komórki, aby na nią zagłosować.

 

 

Eurowizja niewiele ma wspólnego z festiwalem piosenki. To cyrk na ogromną, europejską skalę. Tam w pierwszej kolejności przyjeżdża się po to, aby zaszokować i zwrócić na siebie uwagę. Właśnie z tego powodu na Eurowizję wysyła się zespół przebrany za potwory czy kobietę z brodą. To produkcja rozrywkowa, tam nie ma miejsca na propagowanie wyższych wartości. Monika Kuszyńska, nawet jeśli jest silna i pięknie walczy o tolerancję dla osób niepełnosprawnych, pasuje tam jak pięść do nosa.

Nie mam zamiaru współczuć Monice. Ona i tak poradziłaby sobie bez tego festynu. Współczuję natomiast desperacji niektórym wokalistkom i wokalistom, których marzeniem jest tam pojechać. Czasami nawet po raz drugi. Eurowizja to miejsce dla świeżych wokalistów, a nie artystów, którzy swoje najlepsze czasy mają za sobą. A i ci nowi, jak choćby Margaret, wcale nie chcą tam jechać. Nie dziwię się, Eurowizja działa jak odium – po porażce na tym festiwalu łatwiej zakończyć karierę niż ją rozwinąć.

Po raz kolejny postuluję o zgłoszenie do konkursu zespołu disco polo. Weekend, Niecik czy Eva Basta sprawdziliby się tam doskonale. Ba, byliby lepsi i bardziej eurowizyjni od większości wykonawców z innych krajów. Nie musieliby uciekać się do erotycznych sztuczek czy współczucia. Byliby sobą i dzięki temu mielibyśmy wreszcie szansę na wygraną.

Margaret tłumaczy, dlaczego nie chce wziąć udziału w „The Voice of Poland” i Eurowizji.

PIERSI KONTRA KOBIETA Z BRODĄ

Ekipa Donatana i Cleo przeceniła swój spryt. Nie wzięto pod uwagę, że tym razem podczas finału Eurowizji ważniejsza od upolitycznienia konkursu okaże się polityczna poprawność.

Nie przepadam za piosenkę „My Słowianie”. Zrobiono ją pod publiczkę i jest zdecydowanie przereklamowana. Mimo to wydawało się, że doskonale wpisuje się w eurowizyjne kanony. Eurowizja to przecież festiwal kiczu i największy europejski cyrk na kółkach. Pomysł, aby połączyć hip hop z cepelią i wyeksponowaniem kobiecej seksualności miał być strzałem w dziesiątkę. I rzeczywiście, show w wykonaniu Cleo i jej zmysłowych koleżanek prosto z łowickiej wsi, idealnie wpisał się w kanony konkursu. Został zauważony w całej Europie.

W dziesiątkę trafiła reprezentantka Austrii – Conchita Wurst. Pomysł był nieco ryzykowny. Kobieta z brodą jednoznacznie kojarzy się z cyrkiem. Podczas Eurowizji występowali już transwestyci, ale na ogół w formie zamierzonej parodii. Występ Conchity był na poważnie. Nie wiem, czy Eurowizja jest dobrym miejscem na propagowanie idei tolerancji wobec środowiska LGTB – lesbijek, gejów i transwestytów. Austriacka drag queen właśnie z tego powodu pojawiła się z owłosieniem na twarzy.

Trzeba przyznać, że jej wykon był świetny. Eurowizyjna publiczność uwielbia takie podniosłe, pełne emocji ballady jak „Rise like a Phoenix”. W bardzo podobny sposób 20 lat temu Edyta Górniak zaśpiewała „To nie ja” i prawie wygrała. Przypuszczałem, że Conchita, podobnie jak kiedyś Edyta, zajmie drugie miejsce. A Donatan i Cleo zmieszczą się w pierwszej piątce. W tym roku wprowadzono jednak niezwykle istotną zmianę w konkursie Eurowizji. Głosy widzów z danego państwa to 50 procent całego głosowania. Druga połowa to głosy krajowego jury. Uważam, że taki sposób głosowania jest nieobiektywny. W końcu, jest to konkurs przeznaczony dla widzów czy telewizyjnych decydentów?

Gdyby liczyły się tylko głosy oddane przez widzów, nasi reprezentanci zajęliby piąte miejsce. W wyniku podwójnego głosowania znaleźli się zaledwie na 14. Dlaczego tak nisko? Polski występ odebrany został przez jurorów jako seksistowski i prostacki. Takie głosy pojawiały się w zagranicznych mediach już wcześniej. Z pewnością jurorzy śledzili wypowiedzi uczestników Eurowizji w mediach. Wiedzieli więc, że Donatan uparcie twierdził, że nie chce wygrać i w dodatku publicznie wyśmiewał Wurst.

Jak widać Europa podąża w innym kierunku niż chciałby Donatan. I zdecydowanie nie są to polskie piersi. Conchita wygrała, nie tylko dlatego, że miała nietypowy wizerunek, ale dlatego, że walczy o prawa osób LGTB. I jej wykon był po prostu świetny. Natomiast polska praczka i ubijaczka masła zostały odebrane jako „niewolnice z polskiej wsi”. Kusiły ponętnie swoim ciałem, bo w inny sposób nie potrafiły zwrócić na siebie uwagi. Szkoda tylko, że przez pokrętny sposób głosowania nie znaleźliśmy się wyżej. Na Eurowizji liczą się tylko dwie sprawy – zostać numerem jeden i zostać zapamiętanym. To drugie Donatan & Cleo osiągnęli. A tak wyrazisty i udany show nie zdarzył się nam tam od wielu lat. I z tego pozostało nam się cieszyć.