ZABIĆ DLA SŁAWY

Ludzie pożądali sławy od wieków. Dzisiaj jej zdobycie jest bardzo proste. Przerażająco proste.

 

Rośnie liczba osób, które za wszelką cenę chcą być bogate, mieć władzę, a nade wszystko sławę. Sławy nie należy mylić z popularnością, bo tę zdobyć jest łatwiej. W moim życiu spotkałem się z wieloma osobami, które chciały być znane tylko z tego, że są znane. W zupełności wystarczyła im taka krótka, 15-minutowa popularność. Satysfakcję dostarczyło zwykłe pozowanie na ściankach podczas imprez.

 

Niektórzy nie chcą być celebrytami. Taka popularność nic dla nich nie znaczy. Chcą być sławni. Chcą być we wszystkich mediach. Aby tego dokonać, zdolni są do wszystkiego. Do czasu Internetu sławą mógł być obdarzony tylko ktoś, kto dokonał czegoś szczególnego w którejś z dziedzin życia – choćby w nauce, kulturze, polityce, religii, biznesie czy sporcie.

 

Dzisiaj jest inaczej. Dzisiaj pojęcie sławy zdewaluowało się. Żeby być na ustach przez lata, wystarczy że kandydat na osobę sławną dokona tylko jednego czynu, za to drastycznie negatywnego. Już w starożytności takim niecnym czynem wsławił się szewc Herostrates, który spalił wspaniałą świątynię Artemidy w Efezie. Po tym wydarzeniu, zakazano wspominać jego imię. Wyłamał się tylko jeden z historyków i w ten sposób Herostrates osiągnął to, czego chciał – jego imię będzie znane na wieki.

 

Dziś milczenie o kimś, kto dokonał przerażającego czynu jest niemożliwe. Doskonale wiedzą o tym ci, którzy dopuszczają się zbrodni. Niedawno ukazała się książka o Andersie Breiviku „Jeden z nas”. Jeden z największych morderców ostatnich lat doszedł do wniosku, że wystarczy, aby zabił 12 osób i usłyszy o nim świat. W końcu zabił aż 77 przypadkowych, niewinnych ludzi. Nigdy nie wyjdzie z więzienia, ale jego nazwisko zna każdy.

 



 

Również Andreas Lubitz powtarzał, że kiedyś wszyscy będą znali jego imię. To z potrzeby sławy, spowodował katastrofę airbusa w Alpach, podczas której zginęło 149 osób i on sam. Śmiem twierdzić, że również jedną z przyczyn masakry w szkole w Columbine, była chęć zdobycia sławy. Dwóch chłopaków, z zimnym okrucieństwem zabiło z broni palnej 12 swoich kolegów i koleżanek oraz raniło 24 inne osoby. O ich makabrycznym wyczynie powstało wiele filmów dokumentalnych, film fabularny, a nawet piosenka.

 



 



 

Ta przemożna chęć zostania kimś słynnym za wszelką cenę, nawet kosztem życia innych ludzi, jest przerażająca. Doszło do odwrócenia wartości. Ludzkie życie powinno być świętością. Tymczasem dla potrzeby zdobycia sławy, szaleńcy decydują się zabijać i samemu zginąć.

 

Wszystko wskazuje na to, że ten ponury trend może się rozwinąć. Specjaliści twierdzą, że wszelkiej maści terrorystom zależy przede wszystkim na rozgłosie. Do zdobycia popularności przyczyniają się przede wszystkim media. W końcu każda zła informacja przyciąga odbiorców. W pamiętnym, proroczym filmie „Urodzeni mordercy”, dziennikarze śledzili każdy krok pary morderców uczestniczącej w śmiertelnym rajdzie po Stanach. Od filmowej fikcji do realnego życia jest dziś bardzo blisko.

 

Jeśli nie chcemy doświadczać kolejnych tragedii w imię źle pojmowanej sławy, zróbmy wszystko, aby informować o nich bez potęgowania zbędnych emocji. Stwórzmy system, który by takim zapędom przeciwdziałał. I bądźmy czujni na każdym kroku. Nie warto przekraczać wszelkich granic. Słynnym powinien być człowiek z bagażem wybitnych osiągnięć, a nie ten, który ze szczególną bezwzględnością zabił drugiego człowieka.

EDYTA GÓRNIAK VS RESZTA ŚWIATA

Zarówno Doda, jak i Edyta Górniak niemal jednocześnie opublikowały nowe piosenki. Edyta zwyciężyła w tym pojedynku. Nie ma się jednak z czego cieszyć, bo to utwór zdecydowanie poniżej jej możliwości.

Edyta Górniak i Dorota Rabczewska nie lubią się od lat. W 2008 r. obie wystąpiły podczas festiwalu TOPtrendy w Sopocie. Widzowie z Warszawy nie obejrzeli koncertu Edyty, ponieważ z powodu burzy wysiadł prąd. Zaraz potem zadowolona Doda zażartowała w moim wywiadzie, że to dlatego, iż „Edzia przegryzła kabel”. Dodała zgryźliwie, że „miejsce Górniak jest w klatce” (Edyta wystąpiła wówczas w czymś w rodzaju metalowej klatki). Z kolei diwa odparowała, że Rabczewskiej wcale się nie obawia.

Doda o Edycie Górniak: „Jej miejsce jest w klatce”

Minęło kilka lat, pozycja obu gwiazd zdecydowanie osłabła. Doda nie miała wyjścia i złagodziła swoją opinię o EG. Do tego stopnia, że w jednym z wywiadów wysunęła propozycję duetu z diwą. EG tę propozycję odrzuciła. Jednak ich wojenka trwa nadal. Właśnie obie wydały nowe single.

Gwiazda z Ciechanowa nagrała kawałek „Nie pytaj mnie”, w stylu poprzedniego – „Riotki”. Miał być chwytliwy pop-rock, wyszło odtwórcze quasi disco polo. Dorota skończyła w tym roku 31 lat, lecz muzycznie mierzy w grupę 13-latków. Grono jej fanów jest coraz mniejsze. Młodzież ma dzisiaj ciekawszych idoli i nie da się nabrać na numery pod publiczkę. Z teledysku nakręconego na Teneryfie, poza brakiem pomysłu, da się zapamiętać jedynie olbrzymie usta piosenkarki. Oby tymi ustami wyśpiewała wreszcie porządną płytę.

Zobacz teledysk Dody „Nie pytaj mnie”

Piosenka Edyty „Oczyszczenie” zdecydowanie różni się od propozycji konkurentki. Diwa znajduje się obecnie na etapie poszukiwania swojego nowego stylu. Przetrząsa rejony klubowe – z mizernym skutkiem. Nagranie nie porywa ani od strony muzycznej, ani wokalnej, ani tekstowej. Górniak dwoi się i troi, ale na niewiele się to zdaje. Piosenka po prostu zieje nudą. Brak wpadającego w ucho szlagwortu, brak chwytliwego rytmu, który jest podstawą muzyki przeznaczonej do tańca. To już trzeci słaby singiel z płyty zapowiadanej przez nią od kilku lat.

Posłuchaj piosenkę Edyty Górniak „Oczyszczenie”

Gwiazda z Ziębic ma jednak większy problem. Coraz więcej osób z branży muzycznej zaczyna ją krytykować. Jakiś czas temu Elżbieta Zapendowska powiedziała w rozmowie ze mną, że Górniak śpiewa „pomioty”. Podobnego zdania jest Maryla Rodowicz, która stwierdziła w „Fakcie”, że Górniak „nie ma co śpiewać”. Z kolei Bogusław Kaczyński powiedział dla „Faktu”, że dla niego EG nie jest artystką, tylko amatorką i modelką. To krzywdząca opinia, ale dająca ogólny obraz tego, jak postrzegają ją niektórzy specjaliści w zakresie muzyki.

Edyta Zapendowska o Edycie Górniak: „Ona śpiewa pomioty!”

Obie panie toczy twórcza niemoc. Jednak w sytuacji, kiedy na Dodę wiele osób z branży położyło kreskę, w przypadku Edyty tli się jeszcze promyk nadziei. U Doroty zawsze najważniejsze były skandale i epatowanie seksualnością. Muzykę zawsze stawiała na dalszym planie i nie ma nadziei, że to się zmieni.

Również dla Edyty niezwykle istotny jest wizerunek. Jednak od lat bardziej niż piosenkarka, znana jest jako etatowa trenerka, jurorka, uczestniczka rozmaitych telewizyjnych show. Czy wreszcie skoncentruje się na tym co robiła kiedyś najlepiej – na śpiewaniu i nagra płytę z prawdziwego zdarzenia? Miejmy nadzieję, że znajdzie sposób na siebie. W końcu posiada najlepszy wokal w tym kraju, który w bezwartościowy sposób marnuje.

P.S. Ostatnio Edyta wypowiedziała się na temat odejścia Justyny Steczkowskiej z „The Voice of Poland”. Zasugerowała, że Justyna nie była wobec niej fair: „Jestem przeciwnikiem intryg, bójek, staram się nie dokuczać nikomu, czasem mogę palnąć jakąś głupotę, ale raczej z natury nie jestem złośliwa i nie czerpię siły z radości, że komuś zrobię przykrość” – powiedziała Edzia w „SE”. Jak salonowa plotka głosi, Steczkowska odeszła z programu, ponieważ miała Edyty dość. Dwie diwy w jednym talent show to o jedną za dużo.

UTOPIENI W POLITYCE

W minionej kampanii równie wielkimi przegranymi, co kandydaci na prezydenta, okazali się niektórzy celebryci. Oddając publicznie swoje głosy poparcia zaryzykowali nienawiść ze strony wyborców.

 

Niewiele spraw tak dzieli Polaków, jak polityka. To obszar grząski, brudny i niebezpieczny. Każdy, kto do tego świata wejdzie, ryzykuje bardzo dużo. Polityka jest jak narkotyk – tak samo wciąga i nie chce puścić. Wciąga też celebrytów, którzy coraz częściej nie mogą się oprzeć, aby publicznie wyrazić swoją opinię w dzielących społeczeństwo kwestiach. Niektórzy w kampanii prezydenckiej aż się wyrywali, aby poprzeć któregoś z kandydatów.

 

Kilka dni temu jedna ze stacji poprosiła mnie, abym skomentował poparcie Bronisława Komorowskiego przez celebrytów. Odmówiłem. Uważam, że publiczne mówienie tylko o jednym z kandydatów jest niestosowne. Nie można mieszać show biznesu z polityką. Niektórzy jednak bardziej cenią sobie oglądalność swojego programu niż własne przekonania. Kuba Wojewódzki poparł Pawła Kukiza, a zaraz potem w jego programie wystąpił Bronisław Komorowski. Ten odcinek zdecydowanie nie zrobił dobrze ani panu KW, ani panu BK.

 

W grząski teren zdecydował się wejść również Tomasz Karolak. Jego występy pełne gorącego poparcia dla ustępującego właśnie prezydenta zrobiły na wyborcach niekorzystne wrażenie. Niedawno przeprowadziłem wywiad z Klaudią Halejcio i zadałem jej pytanie, czy wróci do prowadzonego przez Tomasza Karolaka teatru IMKA. Nie padło ani jedno słowo dotyczące polityki. Jednak większość komentarzy pod tym wideo w jednym z portali odnosiło się do poparcia, jakie Karolak udzielił Komorowskiemu. I były wybitnie negatywne.

 

Cały wywiad z Klaudią Halejcio.

 

Inni znani aktorzy poparli nowego prezydenta Andrzeja Dudę. Marian Opania skrytykował przy tym prezydenta Komorowskiego. Janusz Rewiński z niego zażartował. Prezydenta elekta poparł też Jerzy Zelnik. Ten sam Jerzy Zelnik, który ostatnio stwierdził mijając się z prawdą, że dzieci z in vitro rodzą się „koszmarnie chore i połamane”. Wszystkim trzem aktorom widocznie wydaje się, że mogą bez oporów mówić wszystko o wszystkich.

 

Na koniec Paweł Kukiz. Za moment zostanie politykiem. Musi jednak pamiętać, że jeśli w tej dziedzinie nie powiedzie mu się, powrót do świata artystycznego będzie dla niego bardzo trudny albo wręcz niemożliwy. W polityce swoich sił – najczęściej bezskutecznie – próbowało już kilku artystów i celebrytów. Nie chcieli jednak pamiętać, że ten świat wciąga i nie chce puścić, nawet jeśli jest się już na jego dnie.

 

 

ZAPRASZAM MAGDALENĘ OGÓREK DO SHOW BIZNESU

List otwarty.

 

Szanowna Pani Magdaleno,

 

Kampania prezydencka zakończyła się dla Pani klęską. Drzwi do wielkiej polityki zostały przed Panią zatrzaśnięte. Jest jednak wiele innych ciekawych branż, w których tak doskonale wylansowana osoba jak Pani może zrobić karierę. W szczególności show biznes czeka na panią z otwartymi ramionami.

 

ogorek_magdalena_plakat_190515fot. Facebook

Ponoć dzięki kwocie pół miliona złotych, którą w Pani kampanię zainwestowała SLD, jest Pani rozpoznawalna przez wszystkich Polaków. Takiej popularności zazdrości Pani niejedna celebrytka. Nie było jeszcze przypadku, w którym ktoś ze świata polityki przechodził do show biznesu. Owszem, zdarzało się na odwrót, ale na ogół z mizernym skutkiem. Pani może stać się pierwszą osobą, która dokona tej swoistej wolty.

 

Piękne, inteligentne celebrytki z klasą i wyczuciem stylu to u nas rzadkość. Pani posiada te wszystkie cechy. I nie ma innego miejsca, w którym może je Pani tak doskonale wykorzystać. Pani tajemniczość, skłonność do milczenia jest cechą niezwykle atrakcyjną dla przemysłu rozrywkowego, który żyje z gadatliwości i plotkowania na lewo i prawo.

 

Przecież Pani już próbowała swoich sił w branży rozrywkowej. Pani doświadczenie w konkursach piękności, jako aktorki odtwarzającej epizody w serialach czy telewizyjnej dziennikarki są nie przecenienia. To niebagatelny zawodowy bagaż. Jest Pani niczym kameleon, co chwilę zmieniający zajęcie. Właśnie takiej niejednoznacznej i nieodgadnionej osoby potrzebuje polski show biznes, w którym wszystko jest dosadne i dosłowne.

 

Mając w pamięci Pani kusą kreację zaprezentowaną podczas pokazu La Manii, jestem pewien, że świetnie sprawdziłaby się Pani w modzie. I to niekoniecznie jako modelka, ale wręcz projektantka! Przecież Pani kampania wyborcza była jednym wielkim modowym show. Chciała Pani zostać prezydentką wszystkich Polaków. Mamy już trenerkę wszystkich Polek. Znalazłoby się więc miejsce dla modystki wszystkich Polek.

 

Po pamiętnym wkręcie z „Playboyem” nie odbiera Pani telefonów. To błąd, ponieważ niewykluczone, że nie może dodzwonić się ktoś z bardziej atrakcyjną propozycją niż Leszek Miller. Być może nawet ktoś z propozycją udziału w kabarecie. Zapewniam, że polskie kabarety są na znacznie wyższym poziomie niż polityka. Jeszcze raz podkreślam – show biznes stoi przed Panią otworem. Jest dla Pani cały czas. Czeka na Panią! Proszę tylko napisać…



UPADEK PROJEKTANTA – 5 GRZECHÓW POLSKIEJ MODY

Wygląda na to, że Maciej Zień zwija swój interes i na stałe przeprowadza się do Brazylii. To ostrzeżenie dla innych autorskich marek. W polskiej modzie nie jest tak kolorowo, jak się wydaje.

zien_orlani_110515fot. Instagram

Media zajmujące się showbiznesem żyją informacją o ślubie Macieja Zienia z jego wybrankiem w Brazylii. Tymczasem według tygodnika „Twoje Imperium” projektant wyjechał do Ameryki Południowej, ponieważ ma problemy w kraju. Jego modowy biznes legł w gruzach. Zaczęło się od pamiętnego pokazu mody w kościele. Po tym niesmacznym incydencie od modysty odwróciła się podobno część sponsorów.

O trudnej sytuacji projektanta mówiło się na salonach od dłuższego czasu. I rzeczywiście, coś w tych plotkach musi być, skoro w jego „flagowym” (według Wikipedii) butiku, trwa właśnie półdarmowa wyprzedaż asortymentu. Wkrótce z pewnością dowiemy się więcej.

zien_butik_110515fot. własna

Maciej Zień od lat należy do czołówki polskich projektantów mody. Zawsze głośno było o jego nowych kolekcjach i celebrytkach pokazujących się w jego sukniach. Mam więc nadzieję, że jego pobyt w Brazylii rzeczywiście wiąże się ze sprawami sercowymi i nie jest ucieczką przed piętrzącymi się problemami. Polska moda nie potrzebuje powtórki z Arkadiusa.

To, co dzieje się wokół Zienia, powinno dać do myślenia innym polskim projektantom. Polska moda obarczona jest wieloma grzechami. Często spotykam się z negatywnymi opiniami dotyczącymi kiepskiego wykonania ubrań nierzadko topowych przedstawicieli tego środowiska. A to koszulka kurczy się lub rozłazi po praniu, drą się spodnie albo płaszcz po jednorazowym użyciu. Dobra jakość to podstawa, więc wstydem jest produkować markowe buble. Całe szczęście, istnieją jeszcze uczciwi projektanci, dla których jakość wyrobów jest nadrzędną wartością.

Kolejny problem to nagminne kopiowanie cudzych, najczęściej zagranicznych pomysłów. I to nie tylko w środowisku modowym, ale w wielu innych branżach twórczych. Nie będę wymieniał osób oskarżonych o plagiat. O kilku aferach było wystarczająco głośno. Moja rada – postawcie na oryginalność, nie kierujcie się pomysłami innych. Pokazywanie zdjęcia z cudzym projektem i rozkaz skierowany do podwładnej: „Uszyj coś takiego” jest poniżej krytyki.

Polscy projektanci cenią się, ich kreacja kosztują czasami tyle samo co ubrania najsłynniejszych zagranicznych marek. Zejdźcie z ceny, Polska nie należy do najbogatszych krajów. Jeśli klientka będzie miała do wyboru sukienkę za 5 000 złotych z kolekcji Zienia czy Dolce&Gabbana, z pewnością wybierze włoską markę. Moja rada – twórzcie tańsze, masowe kolekcje. Wejdźcie we współpracę z sieciówkami. To na pewno przyniesie wam korzyść, a nie ujmę.

Nie popełniajcie takich błędów marketingowych jak Zień. Polacy (i nie tylko Polacy) są szczególnie uczuleni na określone tematy, choćby związane z religią. Organizowanie pokazu mody w kościele to krótka droga do zawodowego samobójstwa. Tak samo nie zostanie wybaczone pokazywanie się z faszystowskimi emblematami. Nie warto przekraczać pewnych granic. To zawsze zostanie źle przyjęte, nawet w tak pozornie tolerancyjnej branży, jaką jest showbiznes.

Wreszcie ostatni, ale może największy grzech – pycha i lekceważenie. Szanujcie wszystkich ludzi, również media. Nie jesteście półbogami i wybrańcami. Jak widać każdy może spaść z piedestału i znaleźć się na dnie. Bez wspierających was fachowców, dziennikarzy, sponsorów, ale także zwykłych wielbicieli, nie można długo i z sukcesem funkcjonować w tej branży.

Polski rynek mody rozwija się, mimo iż warunki nie są sprzyjające. Mamy wielu zdolnych, młodych projektantów, którzy promują się w telewizyjnych programach czy podczas fashion weeków. Również część gwiazd tej branży to osoby niezwykle zdolne, pracowite i doświadczone. Jednak zarówno jednym, jak i drugim ciężko jest walczyć o pieniądze i uznanie przez lata. Tym bardziej istotne jest, aby być uczciwym wobec odbiorców i trzymać się podstawowych zasad.

EUROWIZJA POD ZNAKIEM WSPÓŁCZUCIA

Telewizja Polska wybierając niepełnosprawną Monikę Kuszyńską jako reprezentantkę Polski podczas konkursu Eurowizji, całkowicie zmieniła strategię. Po ubiegłorocznej porażce Donatana i Cleo, uznano, że lepiej zostawić w spokoju pomysły w stylu epatowania erotyzmem w pseudofolklorystycznym sosie. Wybrano za to współczucie.

W teledysku do piosenki „In The Name Of Love” Monika z rzewnością wspomina swoją przeszłość. Ogląda zdjęcia i fragmenty wideo z występów, kiedy jeszcze mogła poruszać się na własnych nogach. Ten klip informuje, w jaki sposób może wyglądać eurowizyjna promocja wokalistki. Poprzez swoje inwalidztwo, ma zwrócić na siebie uwagę. I z pewnością zwróci. Piosenka jest przeciętna, ale widzowie będą litować się nad piękną, skrzywdzoną przez los wokalistką. I co najważniejsze chwycą za komórki, aby na nią zagłosować.

 

 

Eurowizja niewiele ma wspólnego z festiwalem piosenki. To cyrk na ogromną, europejską skalę. Tam w pierwszej kolejności przyjeżdża się po to, aby zaszokować i zwrócić na siebie uwagę. Właśnie z tego powodu na Eurowizję wysyła się zespół przebrany za potwory czy kobietę z brodą. To produkcja rozrywkowa, tam nie ma miejsca na propagowanie wyższych wartości. Monika Kuszyńska, nawet jeśli jest silna i pięknie walczy o tolerancję dla osób niepełnosprawnych, pasuje tam jak pięść do nosa.

Nie mam zamiaru współczuć Monice. Ona i tak poradziłaby sobie bez tego festynu. Współczuję natomiast desperacji niektórym wokalistkom i wokalistom, których marzeniem jest tam pojechać. Czasami nawet po raz drugi. Eurowizja to miejsce dla świeżych wokalistów, a nie artystów, którzy swoje najlepsze czasy mają za sobą. A i ci nowi, jak choćby Margaret, wcale nie chcą tam jechać. Nie dziwię się, Eurowizja działa jak odium – po porażce na tym festiwalu łatwiej zakończyć karierę niż ją rozwinąć.

Po raz kolejny postuluję o zgłoszenie do konkursu zespołu disco polo. Weekend, Niecik czy Eva Basta sprawdziliby się tam doskonale. Ba, byliby lepsi i bardziej eurowizyjni od większości wykonawców z innych krajów. Nie musieliby uciekać się do erotycznych sztuczek czy współczucia. Byliby sobą i dzięki temu mielibyśmy wreszcie szansę na wygraną.

Margaret tłumaczy, dlaczego nie chce wziąć udziału w „The Voice of Poland” i Eurowizji.

IDA – OSCAR, NAGONKA, LEKCEWAŻENIE

Pierwszy Oscar dla Polski za film nieanglojęzyczny i od razu zaczęła się jatka. Z komentarzy zionie już nawet nie antysemityzmem, ale polaczkowatością i zakompleksieniem.

Nie przypuszczałem, że „Ida” otrzyma Oscara. Wcześniej bez sukcesu nominowano do tej nagrody dziewięć naszych produkcji. Tym razem wróżono Oscara rosyjskiemu „Lewiatanowi”, o którym pisano, że jest filmem antyputinowskim. Element polityczny odgrywa ważną rolę podczas decyzji o przyznaniu statuetki w tej kategorii. Można śmiało stwierdzić, że uhonorowano polską produkcję na złość Kremlowi. Pokazano środkowy palec Putinowi, jakby chciano powiedzieć – Rosja nie zawsze musi wygrywać, nawet w kinie.

Nie czarujmy się jednak, że na wskroś komercyjne, kochające blichtr i pieniądze Hollywood, nagle zafascynowało się skromnym, czarno-białym, artystycznym kinem z dalekiej Polski. To przede wszystkim, poza wszystkimi wartościami, jakie niesie ta produkcja, zasługa świetnego PR-u i deszczu nagród, jakimi w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy została obsypana „Ida”. Z pewnością niebagatelnym czynnikiem okazał się poruszany w filmie wątek żydowski. Wiedza Amerykanów o siermiężnych realiach PRL-owskiej Polski z lat 50 i 60, w których rozgrywa się akcja filmu, jest zerowa. Natomiast wiedza na temat wojennej eksterminacji Żydów, do której film się odnosi, jest spora. W końcu wielu decydentów Hollywood ma korzenie żydowskie.

Oscar przyznany „Idzie” to rzecz bez precedensu w polskim kinie. W kinie wybitnym, które stworzyło własną szkołę filmową, na której wzorowali się m.in. wielcy twórcy Hollywood. Aż dziw, że w latach 50 czy 60, kiedy szkoła ta przeżywała swoją świetność, żaden z nominowanych filmów nie otrzymał tej nagrody. Oscar dla „Idy” ma takie znaczenie dla naszego przemysłu filmowego, jak wybór Jana Pawła II na papieża dla upadku komunizmu. Dlatego więc rozczarowuje postawa odtwórczyń głównych ról – Agaty Kuleszy i Agaty Trzebuchowskiej, które podczas gali wyszły sobie na papieroska i winko, przez co przegapiły moment wręczenia nagrody. Dobrze, że wpuszczono je z powrotem na salę, bo jak pamiętamy, w podobnej sytuacji innego polskiego zdobywcy Oscara, wpuścić już nie chciano. Rozumiem, że panie nie są zainteresowane karierą w Hollywood. Jednak przebyły tak daleką drogę, nie wiedząc czy w ogóle będą uczestniczyły w gali, że mogły wytrzymać nieco dłużej.

kulesza_agata_trzebuchowska_agata_260215fot. Facebook.com

Obie w swoich stylizacjach wyglądały jak dwie ubogie siostry hollywoodzkich gwiazd. I tu było odwrotnie niż w filmie. Agata Kulesza rewelacyjną rolą powala na kolana (potwierdzając opinię jednej z najlepszych aktorek swojego pokolenia), zaś na czerwonym dywanie w szarej, burej sukience wyglądała wyjątkowo nieciekawie. Z kolei tytułowa Ida w filmie wypadła dosyć blado, za to na ściance prezentowała się lepiej niż jej filmowa ciotka. Natomiast reżyser Paweł Pawlikowski błyszczał. Elegancki, wygadany, swoją za długą, nieco sarkastyczną przemową podbił publiczność zgromadzoną w  Dolby Theatre. Nic dziwnego, jest obyty z wielkim światem, przez wiele lat mieszkał i tworzył w Wielkiej Brytanii (polecam pamiętne „Lato miłości”).

Jednak najbardziej rozczarowali mnie Internetowi hejterzy, którzy widocznie chcą wierzyć w to, że wszyscy Polacy podczas II wojny światowej byli doskonali. Nie, byli też Polacy, którzy zabijali Żydów. Na szczęście „Ida” nie jest tak drastycznym i dramatycznym filmem, jak nieco podobne w swej tematyce „Pokłosie”. To przede wszystkim opowieść o poszukiwaniu swoich korzeni i tożsamości. Większość krytykantów nie widziała nawet zwiastuna filmu. I pewnie większość go nie zobaczy. Namawiam jednak do obejrzenia „Idy”, nie tylko dlatego, że dostała Oscara, ale przede wszystkim dlatego, żeby wyrobić sobie własne zdanie. I nie wydawać pochopnych sądów.

Zobacz: Próbowali zagłuszyć muzyką przemowę reżysera „Idy”.

TO NIE JEST KRAJ DLA ODMIENNOŚCI

Przypadek Mateusza Magi z „Top model” świadczy o tym, jak nietolerancyjne jest polskie społeczeństwo. Daleko jesteśmy za światem zachodnim, gdzie androgyniczność to zjawisko nie tylko normalne, ale i kulturowo inspirujące już od wielu lat.

maga_mateusz_111014     Mateusz Maga / fot. TVN

Po 25 latach po odzyskaniu wolności wciąż pokutują u nas komunistyczne naleciałości. Dzisiaj postrzeganie wszelkiej odmienności próbuje regulować nie tyle partyjny aparat władzy, ale duchowni. To księża wykładaną na uczelniach naukę o roli płci – gender – wprowadzili do obiegu publicznego i nazwali „ideologią”. Teraz straszą diabłem, który już nie ma rogów i wideł, ale za to pod sukienką ukrywa penisa.

A na zachodzie już w latach 70, androgyniczny David Bowie ogłosił, że jest biseksualny. Salvadora Dali fascynowały kobiety posiadające silny męski pierwiastek, takie jak Amanda Lear czy Grace Jones. Andy Warhol otaczał się armią drag queen. W tym czasie u nas zmuszano rodaków, żeby cała sala śpiewała z nami, a i tak Anna Maria smutną miała twarz. W kraju szarych miraży rewolucja seksualna miała gorzki smak.

Dopiero teraz, w XXI wieku, wychodzą z ukrycia dwuznaczne płciowo postacie. Mamy więc wyglądających i zachowujących się jak kobiety Michała Szpaka i Madoxa. Mamy modelkę Michalinę Manios, będącą niegdyś hermafrodytą. W polityce funkcjonuje transseksualna Anna Grodzka. Ostatnio zaś celebrytką została bitna Rafalala. Wielu ludzi nie rozumie tożsamości tych osób . Uważa je więc za dziwadła i zboczeńców. Niewiedza święci triumfy. Większość z nas wie kim jest gej czy lesbijka, ale nie zna różnicy między transwestytyzmem i transseksualizmem. Dla wielu osób ci ludzie to dziwadła i zboczeńcy, których hobby jest doprawianie sobie cycków.

madox_250411Madox / fot. własna

szpakm_060611Michał Szpak / fot. własna

manios_michalina_110812Michalina Manios / fot. Marcin Gregorczyk (Wideoportal.pl)

grodzka_anna_220413Anna Grodzka / fot. Marcin Gregorczyk (Wideoportal.pl)

rafalala_111014Rafalala / fot. Facebook

Na szczęście osoby inne, odmienne, pojawiają się w sferze publicznej i będzie ich coraz więcej. To dobrze, bo to pomoże nam się z nimi oswoić. I po jakimś czasie zrozumieć. Symptomatyczne jest jednak to, że najczęściej stanowią tylko chwilową ciekawostkę. Żadna z nich nie zrobiła wielkiej kariery. Słyszeliście ostatnio piosenki Madoxa czy Szpaka albo widzieliście Michalinę na wybiegu lub w sesji zdjęciowej?

Podobnie będzie z Mateuszem Magą. Ten chłopak przepadnie, bo jest za slaby. Owszem, ma ciekawą twarz, ale praca w modelingu jest gorsza od pracy w rzeźni. Tu trzeba umieć przepychać się łokciami i cały czas się rozwijać. Maga jest niezdecydowany, nieprzystosowany, zagubiony, boi się zrobić krok do przodu. Najpierw powinien popracować nad sobą, a dopiero potem zastanawiać się, co chce robić w życiu.

Jego udział w „Top model” uzmysłowił szerokiej widowni, że świat mody kocha androgyniczność. Nie przez przypadek furorę zrobił kobiecy model Andrej Pejić (który zresztą wkrótce potem został kobietą). Gdyby Mateusz posiadał twardy charakter, byłby w męskim modelingu taką gwiazdą, jaką w damskim jest Anja Rubik. A może powalczyłby na wybiegu razem z nią, bo propozycję pracy jako „modelka” również otrzymał.

Wielu Polaków posiada niskie poczucie własnej wartości. To nasza narodowa przypadłość. Uwielbiamy więc dowartościowywać się hejtowaniem w internecie. W tym miejscu trzeba wyraźnie zaapelować – nie zgadzajmy się na takie postępowanie. Wszystkie chamskie wyzwiska i podłości, których doznał Mateusz Maga po „Top model” są godne potępienia. Nawet jeśli irytował i nie wiedział czego chce, nie masz prawa człowieku, aby go szkalować.

Jeżeli ktoś przez całe życie jest gnojony za swoją odmienność, to nic dziwnego, że łatwo rezygnuje i wycofuje się. Może właśnie z tego powodu inne androgyniczne osoby poddają się i rezygnują z kariery. Mam nadzieję, że kiedyś dojrzejemy do tego, aby akceptować inność. Jednak z pewnością jeszcze przez wiele lat Polska nie będzie krajem przyjaznym nawet dla najbardziej inspirujących odmienności.

MASAKRA PHOTOSHOPEM

Znane panie, im starsze, tym łaskawszym okiem patrzą na retusz własnych zdjęć Photoshopem. Jednak w sytuacji, kiedy grafik przesadzi, robi się afera. Oto najbardziej drastyczne przeróbki gwiazd.

W dzisiejszej prasie nie ma zdjęć nieobrabianych programem graficznym. Widziałem kiedyś surowe oraz odrzucone zdjęcia z „Playboya”. Ich bohaterka wyglądała wręcz przerażająco. Przyznacie zresztą, że kiedy przechodzi się koło kiosku i zobaczy upiększone twarze i figury, często łapie się za głowę: „przecież ona tak naprawdę nie wygląda!”. Pisma kolorowe sprzedają nam bowiem wyidealizowany obraz świata. W środku gazety roi się od problemów celebrytki, jednak na ilustrujących wywiad zdjęciach zawsze musi wyglądać pięknie.

Ostatnio często i gęsto pisano o metamorfozie Moniki Olejnik na okładce „Vivy!”. Dziennikarka bardziej przypomina Ewę Kuklińską niż siebie. Pani Monika próbowała później udowodnić, że fotografia jedynie w niewielkim stopniu została przerobiona. Widać, że starała się wypaść korzystnie, ale przez zbyt wyrazisty make up, efekt okazał się odwrotny. Na zdjęciach z innych sesji widać dokładnie, że graficy często aż do przesady wygładzają jej twarz. Mam nadzieję, że to decyzja redakcji, a nie dziennikarki.

 olejnik_monika_viva_250914

olejnik_monika_newsweek_250914olejnik_monika_050712fot. Andrzej Sałkiewicz

Podobny efekt osiągnięto z Magdą Gessler na okładce „Gali”. Jej twarz wyprasowano ze zmarszczek, wydłużono i odchudzono. W rezultacie mina restauratorki, pozbawiona wyrazu, nieco razi sztucznością. Czy tak powinna wyglądać doświadczona kobieta, która w swoim programie prezentuje całą gamę emocji?

 gessler_retusz

gessler_magda_230412fot. Marcin Gregorczyk (Wideoportal.pl)

Najgorsze jest natomiast to, że okładkowe gwiazdy czasami wyglądają zupełnie jak ktoś inny. Jakiś czas temu głośno było o okładce przedstawiającej wiecznie piękną i młodą Grażynę Torbicką do złudzenia przypominającą… Małgosię Kożuchowską. A przecież oprócz faktu, że obie pracują dla telewizyjnej Dwójki, niewiele je łączy.

 torbicka_retusz

torbicka_grazyna_101112fot. Marcin Gregorczyk (Wideoportal.pl)

Oberwało się również Małgosi Sosze. Z nieodgadnionych przyczyn na okładce „Cosmopolitana” przypomina Michalinę Manios z „Top model”. Michalina w pewnych kręgach może być uważana za ideał piękna, ale nie wiem czy Małgorzata była szczęśliwa z powodu takiej przeróbki.

 socha_malgorzata_cosmopolitan_081113

 

socham_180112fot. Marcin Gregorczyk (Wideoportal.pl)

Z kolei dla Edyty Herbuś niewybaczalnym błędem jest zdjęcie, na którym nie tylko nie przypominała siebie, ani żadnej innej znanej osoby, ale wręcz nie przypominała nikogo. Edyta walczy o swoją pozycję w showbiznesie i z pewnością nie lubi, kiedy nie jest rozpoznawalna.

Edyta Herbuś o sekrecie swojej urody i wpadce z Photoshopem.

Czy o tę okładkę chodziło Edycie?

 herbus_edyta_cosmopolitan_131014

Dla niektórych celebrytek Photoshop stał się zamiennikiem botoksu. W ich mniemaniu, na przerobionym zdjęciu wyglądają korzystniej niż w rzeczywistości. Takie właśnie chciałyby być – wyszczuplone, odmłodzone, bez zmarszczek, bez cellulitu. Słowem – nieskazitelne. Kiedyś, widząc przesadne przeróbki, częściej protestowały. Dzisiaj świetny, ale nieprawdziwy wygląd na zdjęciach, skłonne są przyjąć jako normę. Mam nadzieję, że te uwagi nie dotyczą wymienionych przeze mnie pań. Przecież w przypadku Photoshopa piękniej, nie zawsze znaczy lepiej. Przesada nigdy nie jest wskazana.

Zobacz więcej: Anna Popek o recepcie na przedłużenie młodości.

UCIECZKA Z TELEWIZJI

Większość celebrytów nie potrafi żyć bez pokazywania się w telewizji. Telewizja to dla nich podstawa do lansu i zarabiania pieniędzy. Są jednak postacie, które nie tylko nie mają „parcia na szkło”, ale świadomie i z własnej woli z telewizji zrezygnowały. To prawdziwe osobowości, które bez srebrnego ekranu doskonale spełniają się i świetnie dają sobie radę.

Od kilkunastu lat zajmuję się show biznesem, prowadzę programy w telewizji i w internecie. Wiem, jak telewizja wygląda od środka. Pracowałem w większych i mniejszych stacjach o rozmaitym charakterze – ogólnopolskim, informacyjnym, rozrywkowym, on line. Praca w telewizji jest stresująca, ale wciąga w całości. To magiczne miejsce, które zapewnia satysfakcję i daje popularność.

Z tego powodu wiele osób na hasło „występ w telewizji”, dostaje niemalże białej gorączki. Do tego stopnia, że niektóre piosenkarki mówią o sobie, że są „artystkami”. Jednak zamiast nagrywać płyty, wolą grać rolę celebrytek w programach telewizyjnych. Spędzają tam więcej czasu niż we własnym domu, jakby były etatowymi pracownicami stacji telewizyjnych.

patoleta_robert_cyrwus_piotr_150914Robert Patoleta, Piotr Cyrwus / fot. Marcin Gregorczyk (Wideoportal.pl)

Nie inaczej jest z niektórymi aktorami, zwłaszcza tymi, o których mówi się „nieprofesjonalni” lub „amatorzy”. Przez lata okupują serialowe plany, bo nikt poważny nie proponuje im roli w filmie bądź teatrze. Na dobrowolne odejście z serialu stać więc tylko prawdziwych artystów, takich jak Piotr Cyrwus. Po kilkunastu latach odtwarzania postaci nieco fajtłapowatego, ale sympatycznego Ryśka w „Klanie”, powiedział „dość”. Doskonale wie, że z przypiętą łatką Ryśka będzie mu trudno zaistnieć w innym serialu. Chce więc sprawdzać się na deskach teatrów. A potrafi zagrać zarówno króla Bolesława Śmiałego, pewnego siebie biznesmena, jak i zabawnego pantoflarza w przedstawieniu „Kiedy kota nie ma…”. Nawet, jeśli teatr nie zapewni mu tak doskonałych warunków finansowych, jak serial, nie mam wątpliwości, że świetnie da sobie radę bez telewizji.

Piotr Cyrwus o życiu po „Klanie” i dylematach finansowych po odejściu z serialu. 

szczygiel_mariusz_060914Mariusz Szczygieł / fot. Marcin Gregorczyk (Wideoportal.pl)

Zupełnie innym przypadkiem jest Mariusz Szczygieł. W latach 90 prowadził pierwszy polski talk show „Na każdy temat”. Kojarzyli go wszyscy, był tak znany jak dziś Kuba Wojewódzki. Z jedną różnicą – swój program prowadził z większą elegancją i klasą. Mariusz doskonale potrafi opowiadać. W poniższym wywiadzie rzucał dwuznacznymi anegdotami związanymi z pracą w telewizji, jak choćby o przygodzie w toalecie. Dziś za żadne skarby nie chce wracać na szklany ekran, choć regularnie dostaje od Polsatu propozycje poprowadzenia nowego show. Spełnia się jako dziennikarz, świetny reportażysta i autor książek tłumaczonych na wiele języków.

Mariusz Szczygieł ujawnia zaskakujące kulisy pracy w telewizji.

Telewizja tak samo szybko wciąga, jak wypluwa. Czasami daje tak dużą popularność, że trudno z nią wytrzymać. Na szczęście nie każdy da się pokroić za pięć minut występu przed milionami widzów. Warto takie osoby poznać i posłuchać, co mają do powiedzenia. Dlatego wywiady z Mariuszem Szczygłem i Piotrem Cyrwusem otwierają mój nowy cykl programów zatytułowany „Tylko u Patolety”. Program przygotowywany jest pod egidą serwisu Wideoportal.pl, a zobaczycie w nim znane postacie w miejscu ich pracy. Nie zawsze będą to osoby mające „parcie na szkło”, ale zawsze będą postaciami nietuzinkowymi i intrygującymi. Zapraszam do oglądania.

Zobacz również: Hanna Śleszyńska zaskoczyła wydekoltowanym, ogromnym biustem.